Część 6: nadprzyrodzone dary

Świętość nie polega na cudach i niekoniecznie z nimi się wiąże. Niemniej jednak, gdy dusza pełna jest Boga, On ma często upodobanie w ujawnianiu swej Boskości w danym człowieku. Elżbieta w wielkim stopniu cieszyła się darem proroctwa, rady i męstwa. Proroctwo było darem, który zdumiewał najbardziej, bo wszyscy wiedzieli, że była to wieśniaczka nie umiejąca nawet czytać i żyjąca w odcięciu od wielkich wydarzeń; swym wzrokiem sięgała jednak poza czasy i ówczesne sprawy.

Przewidziała śmierć św. Wincentego i powiadomiła o tym ks. Franciszka Vaccariego. Gdy rankiem 23 stycznia 1850 roku (św. Wincenty zmarł 22 stycznia ok. godziny 22) – zanim Elżbieta wyszła z domu – wpadła do jej mieszkania p. Maria Karolina Arcieri która w późniejszym swym zeznaniu w procesie powiedziała: „Zaledwie mnie Elżbieta ujrzała powiedziała do mnie: «Cóżem zobaczyła tej nocy! Nie wiem: w godzinę przed czy po północy przyszedł do mnie ks. Wincenty, mówiąc mi, że odchodzi do raju». Nieco później przybiegł pallotyński braciszek potwierdzając fakt, że ks. Wincenty nie żyje”.

Żebrak, Piotr Marcolini zeznał, że jego matka zwichnęła sobie przy upadku staw nadgarstkowy. Lekarz złożył go poprawnie, ale ona – uboga praczka – zbyt szybko podjęła pracę, i staw uległ zwichnięciu po raz wtóry. Lekarz złożył go jeszcze raz, lecz doszło do trzeciego zwichnięcia, uniemożliwiającego już wykonywanie pracy. Zrozpaczona kobieta zwróciła się do Sługi Bożej Elżbiety, a ona powiedziała: „To nic nie jest, nie musisz się bać, Tereso!” Zaprowadziła ją do swego pokoju, odsłoniła obraz Virgo Potens, a po wspólnym odmówieniu różańca pożegnała Teresę, zapewniając ją, że Madonna obdarzy ją łaską. Odtąd nadgarstek był mocniejszy niż przed zwichnięciem.

Potem przyszła kolej na syna Teresy, Piotra, który cierpiał na złośliwy artretyzm zżerający mu kości. Widząc Elżbietę u św. Piotra w pobliżu konfesjonału penitencjarza języka francuskiego, zbliżył się do niej, i przypominając uzdrowienie swej matki, prosił o modlitwę za siebie, aby Bóg uwolnił go od tych cierpień, których nie może już znosić. Elżbieta powiedziała mu: „Mój synu, Bóg chce, byś tak cierpiał; nie buntuj się, nie marnuj w jednej chwili tego, coś uzbierał przez tak długi czas, znosząc cierpienia. Bóg zaradzi w tej sprawie. Jeżeli będziesz potrzebował ubioru, Pan zaradzi temu; będziesz nawet nosił ubiór papieski”.

Piotr zeznał później w procesie, że przez następne lata był zawsze ubrany przyzwoicie w odzież otrzymywaną dzięki miłosierdziu ludzi, a ta aluzja do papieskiego ubioru potwierdziła się, gdyż między szatami otrzymanymi od marszałka papieskiego dworu, znajdowała się też sztuka odzieży domowej samego papieża Piusa IX, tak że ten biedak mógł ją na sobie nosić w dni uroczyste.

Paweł Józef Palma, ulegając naleganiom swej matki udał się do Sługi Bożej Elżbiety. Mieszkanie znajdowało się na strychu, ale czuć tam było jakiś nieokreślony zapach, niepodobny do innych i nigdy przedtem przez niego nie odczuwany. Czuł go zawsze, kiedy tam przychodził, a był u Elżbiety co najmniej dziesięć razy w okresie od grudnia 1852 do czerwca następnego roku.

Pewien młody człowiek, który później został arcybiskupem opowiadał o swoim spotkaniu z Elżbietą: „Ledwie mnie ujrzała rzekła do mnie: «Przyszedłeś wreszcie; mówiłam twej matce, żeś tu powinien przyjść; bierz krzesło i siadaj». Powiedziała mi, że dosyć już naobrażałem Boga, i winienem teraz oddać Mu się zupełnie, i że świat jest już dla mnie umarły. Odtąd zacząłem myśleć naprawdę o Bogu.

Nie wiedziałem do jakiego instytutu mam wstąpić. Powiedziano mi, że szukało mnie dwóch jezuitów, by mi zaproponować wstąpienie do Towarzystwa (Jezusowego), lecz ja wolałem posłuchać wprzód Bł. Elżbiety, która powiedziała do mnie: «Poczekaj, Bóg ci wskaże, gdzie masz iść». Po niejakim czasie spotkałem pewnego pasjonistę, który udostępnił mi regułę swego zakonu. Elżbieta zaakceptowała mój zamiar wstąpienia do tego zgromadzenia, ale dodała: «Będziesz pasjonistą do końca życia, ale między pasjonistami nie zostaniesz na zawsze».

Przed wstąpieniem do nowicjatu postarałem się o bardzo gustowny relikwiarz i zaniosłem go do Bł. Elżbiety, by potrzymała go trochę w swoich dłoniach. Ona jednak postawiła go na ołtarzyku przed obrazem Virgo Potens, uklękła, pomodliła się i oddała mi relikwiarz, mówiąc «Zabiorą ci to». I tak się stało! Mistrz nowicjatu wziął ode mnie relikwiarz i już mi go więcej nie zwrócił.

Potwierdziło się wszystko, co mi powiedziała. A gdy mówiła do mnie zdawało mi się, że wpadła w ekstazę. Wygląd miała prawie niebiański, głos jej nabierał jakiegoś nadludzkiego brzmienia, a oblicze promieniało. I tak bywało zawsze, gdy mówiła o Bogu lub o niebieskich sprawach”.

Adelajda Balzani oświadczyła: „Nie słyszałam nigdy kaznodziei, który by o niebie przemawiał tak, jak Bł. Elżbieta; nie czytałam też w żadnej książce niczego podobnego; słowa jej znaczyły więcej niż jakiekolwiek kazanie”.

Ks. Franciszek Vaccari przyszedł do bł. Elżbiety przed wyjazdem do Neapolu, by się z nią pożegnać. Powiedziała później do p. Adelajdy: „Ksiądz rzekł do mnie, że zobaczymy się niebawem, lecz ja dodałam «w niebie». Ks. Franciszek już nie wróci! Bardzo mi przykro, bo mógłby jeszcze budować swoją wspólnotę”. I w rzeczy samej ks. Vaccari nie wrócił w Neapolu do zdrowia, jak się spodziewał, a matka sprowadziła go znów do Fuscaldo w Calabrii, miejsca jego urodzenia. Tam umarł świątobliwą śmiercią w roku 1856.

Ks. Ludwik Petritoli, były kantor kość. San Lorenzo in Damaso, odwiedzał często poddasze bł. Elżbiety. Pewnego dnia rzekła do niego ni stąd, ni zowąd: „Będziesz księdzem, ale ja nie doczekam twej Mszy św.”. Ludwik parsknął śmiechem, bo nigdy nie myślał o święceniach kapłańskich, a w dodatku nie miał szkolnego przygotowania, by się do nich przymierzać. A jednak wtedy, gdy składał to zeznanie, był księdzem!

Teresa Sturbinetti, żona Antoniego Cassetty, była pełna trwogi. Jej brat, adwokat – uwikłany w ruch rewolucjonistów z lat 1848-1849 (ruch ten doprowadził do zamordowania P. Ros- siego, zmusił papieża do ucieczki z Rzym, owocował w proklamacji republiki) – został skazany na wygnanie. Małżonkowie, niepokojący się jeszcze bardziej duchowym stanem swego krewniaka, odwiedzali często bł. Elżbietę. Zapalała świecę przed swą Virgo Potens i zapewniała, że adwokat będzie ułaskawiony. Opowiada p. Teresa:

„Pewnego poranka, będąc w kościele św. Magdaleny pomyślałam, że jeżeli brat dostąpi ułaskawienia, postaram się, by odprawiono triduum do Matki Bożej Różańcowej w kościele św. Mikołaja dei Prefetti, ale nie wspominałam o tym nikomu, nawet swojemu mężowi. W południe udaliśmy się do Błogosławionej, i oto w czasie odmawiania litanii, ona głosem mocnym, jakby chciała skorygować pomyłkę, powiedziała nagle: «To triduum odprawicie przed Madonną już po mojej śmierci, i to w kościele Najśw. Zbawiciela na Fali; a łaska przyjdzie z nieba».

I rzeczywiście, gdy Elżbieta zmarła, obraz Virgo Potens znalazł się w kościele Najśw. Zbawiciela na Fali. Adwokat Sturbinetti został ułaskawiony, a triduum odprawiono we wskazanym przez bł. Elżbietę kościele.

Adelajda Balzani była już dwa lata po ślubie, a nic nie zapowiadało, że będzie miała potomka. Elżbieta zapewniła, że będzie miała wiele dzieci. Tymczasem zapalenie płuc doprowadziło Adelajdę do skrajnego wyczerpania. Sądząc że zbliża się kres jej życia, posłała pokojówkę, by powiadomiła o tym Elżbietę. Ta w drodze, znalazła piłkę i zabrała z sobą. Gdy powiedziała Elżbiecie o lękach swej pani, Elżbieta w odpowiedzi kazała zanieść do chorej piłkę, gdyż przyda się do zabawy jej dziecku. Wszystko sprawdziło się dokładnie: Adelajda wyzdrowiała, urodziła chłopczyka, a potem – pojawiły się inne dzieci.

Przy czytaniu akt procesu beatyfikacyjnego wielkie wrażenie sprawia ilość uzdrowień, jakie miały miejsce przy odmawianiu modlitw do Virgo Potens, czy po namaszczeniu oliwą z lampki płonącej przed obrazem. Wielkie wrażenie wywiera też ilość osób, które się Elżbiecie polecały. Papież Pius IX żywił dla niej wielką cześć, a mons. Marongio, arcybiskup Cagliari, rozmawiając w parę lat po jego śmierci z księżmi zebranymi w San Girolamo della Carità zapowiedział, że sprawa beatyfikacji Elżbiety będzie miała szybszy bieg niż sprawa Pallottiego. Nie sprawdziło się to przewidywanie, ale twierdzenie arcybiskupa ma swoją wymowę.

(fragment książki Franciszka Amorozo „Elżbieta Sanna, Niepełnosprawna Apostołem” Ząbki 1997)