Sanktuarium na poddaszu

czyli Virgo Potens w życiu bł. Elżbiety Sanny

Dokładnie rok temu, 17 lutego 2018, do kościoła SS. Salvatore in Onda w Rzymie zaszedł starszy, elegancki i bardzo wyważony pan. Przez chwilę modlił się przed ołtarzem bł. Elżbiety Sanny, a następnie podszedł do mnie mówiąc, że przyszedł pomodlić się do Virgo Potens („Panny Możnej”). Zdziwiłem się nieco, bo po raz pierwszy usłyszałem, że ktoś przybył specjalnie do naszego kościoła, by pomodlić się do Virgo Potens, tym bardziej, że 17 luty to dzień liturgicznego wspomnienia bł. Elżbiety Sanny! Zapytałem zatem przybysza, dlaczego „Panna Można”, a nie Elżbieta Sanna? W odpowiedzi usłyszałem historię jego rodziny.

Ów starszy pan, to emerytowany adwokat Pier Francesco Baselice. Jest potomkiem rodziny Sturbinetti, a dokładnie Teresy Sturbinetti, żony Antoniego Cassetta, brata kardynała Francesco di Paolo Cassetta. To właśnie oni dwaj, Antoni i Franciszek, przyczynili się w drugiej połowie XIX wieku (1867-1878) do gruntownej renowacji kościoła SS. Salvatore in Onda, dorzucając do kompleksu kościelnego kaplicę Virgo Potens, do której przeniesiono również doczesne szczątki Elżbiety Sanny. Otóż, brat Teresy, adwokat Roty Rzymskiej, Francesco Sturbinetti, został skazany na wygnanie z powodu uczestnictwa w rewolucji rzymskiej. Faktycznie, kiedy papież Pius IX uciekł z Rzymu, Sturbinetti sprzyjający rewolucji, głosował na rzecz utworzenia Republiki i za zniesieniem doczesnej władzy papieża. Został nawet powołany na stanowisko ministra edukacji w tymczasowym rządzie republikańskim. Po przywróceniu władzy papieskiej, Sturbinetti musiał niestety opuścić Rzym. Spędził kilka lat na wygnaniu, najpierw w Szwajcarii (Genewa), a następnie w Genui i Florencji. Został ułaskawiony w 1857 roku i powrócił na terytorium Państwa Kościelnego. Jako miejsce osiedlenia wskazano mu podrzymskie Frascati.

Otóż, siostra Francesco Sturbinetti, Teresa, żona Antoniego Cassetta, była bardzo zaniepokojona sytuacją w jakiej znalazł się jej starszy brat. Bardziej przerażał ją jednak stan jego ducha, zwłaszcza jadowita wrogość do papiestwa, niż kary, które zostały na niego nałożone. Wierząc, że akt ułaskawienia ze strony władz kościelnych mógłby skruszyć jego serce, w 1854 roku zwróciła się do Elżbiety Sanny o modlitwę w tej sprawie. Elżbieta przyrzekła, że będzie polecać tę intencję Virgo Potens. Raz w tygodniu przychodziła więc Teresa, często z mężem, na poddasze do Elżbiety, by razem z nią modlić się przed obrazem „Panny Możnej”. Każdego tygodnia – i tak przez trzy lata – otrzymywała tę samą odpowiedź: „módl się i czekaj z ufnością”. Pewnego poranka, będąc w kościele św. Mikołaja (San Nicola dei Prefetti), zakłopotana i zniechęcona zbyt długim oczekiwaniem, przyrzekła Panu Bogu, że jeśli jej brat zostanie ułaskawiony i powróci do rodziny, odprawi w tymże kościele triduum dziękczynne. Tego samego dnia w południe umówiona była z bł. Elżbietą. Udała się do niej wraz z mężem, nic nie mówiąc o złożonym ślubie w kościele św. Mikołaja. Podczas gdy cała trójka odmawiała Litanię przed obrazem Virgo Potens, Elżbieta przerwała nagle modlitwę – czego nigdy wcześniej nie robiła – i zwróciwszy się do  Teresy powiedziała wibrującym głosem: „Uroczyste triduum dziękczynne odprawicie, ale już po mojej śmierci i nie w kościele św. Mikołaja, ale w kościele SS. Salvatore in Onda przed obrazem Panny Możnej”.

Teresa była zaskoczona reakcją Elżbiety, która miała dostęp do jej myśli, gdyż nikomu wcześniej o swoim ślubie nie mówiła. Wszystko spełniło się tak jak Elżbieta zapowiedziała. Zmarła tego samego roku (1857) tuż przed Wielkim Postem i została pochowana w kościele SS. Salvatore in Onda. Tam też przeniesiono po jej śmierci obraz Virgo Potens. Tego samego roku adwokat Sturbinetti został ułaskawiony dekretem papieskim i powrócił w rodzinne strony 7 września 1857 r. Rodzinna Cassetta/Sturbinetti zorganizowała triduum dziękczynne w kościele SS. Salvatore in Onda, a następnie w duchu dziękczynienia – podjęła prace renowacyjne kościoła, wyposażając go w oddzielną kaplicę dla Virgo Potens i czcigodnej Elżbiety Sanny.

Ale jakie były początki tego niezwykłego „sanktuarium na poddaszu”?

Ks. Giuseppe Valle, który towarzyszył duchowo Elżbiecie Sannie w jej rodzinnym Codrongianos na Sardynii, i który razem z nią przybył do Rzymu zaświadcza, iż Elżbieta nigdy nie zadowalała się li tylko zwiedzaniem kościołów i kaplic poświęconych Matce Bożej. Chciała czynić dla Niej wszystko co było w jej mocy. Maleńki przykład. Przy Via dell’Inquisizione – gdzie dziś usytuowana jest aula Pawła VI – znajdowała się zaniedbana i opuszczona kapliczka Matki Bożej. Pewnego dnia, gdy Elżbieta modliła się tam, usłyszała wewnętrzny głos: „Idź do proboszcza bazyliki św. Piotra i powiedz mu, że to mi się nie podoba”. Elżbieta podzieliła się tym doświadczeniem z ks. Wincentym Pallottim, który natychmiast powierzył sprawę ks. Giuseppe Valle. Gdy tylko Valle udał się do proboszcza z przesłaniem od Pallottiego, ten odpowiedział: „Jeśli mogę uczynić coś dobrego dla Matki Bożej, jestem gotów to zrobić”. Udał się więc niezwłocznie na miejsce i zabrał do roboty. Odnawiając obraz odkrył, że w naszyjniku Maryi znajdowały się perły, a w koronie, którą Maryja trzymała w dłoni, był złoty medal. Obraz został oczyszczony, ołtarz wyposażony w świece, a po wieczornym biciu dzwonów proboszcz zgromadził sąsiadów, aby razem z nimi odmówić Różaniec. Opiekę nad kaplicą powierzono Elżbiecie Sannie.

Ale obraz, w którym błogosławiona Sanna rozmiłowana była najbardziej, to oczywista Virgo Potens – „Panna Można”. Elżbieta sama wybrała dla niego tę nazwę powołując się na Pallottiego, który miał ponoć często przyzywać Maryję tym tytułem. Obraz Virgo Potens uczynił z jej maleńkiego pokoju na poddaszu, w pobliżu bazyliki św. Piotra, domowe sanktuarium dla wszystkich, którzy tam zachodzili. W jaki sposób obraz ten trafił w ręce Elżbiety?

Otóż, ​wspomniany wyżej ​ks. Giuseppe Valle, zadbał o to, by wyposażyć maleńkie rzymskie mieszkanie Elżbiety. Udał się do jednego ze sklepów przy Via dei Coronari, by dokonać kilku zakupów. Gdy już zapłacił rachunek, jego wzrok padł na starą, pozłacaną drewnianą ramę, a w niej płótno Matki Bożej z Dzieciątkiem. Ponieważ delikatna twarz Madonny zrobiła na nim wielkie wrażenie, zapytał kupca czy nie zechciałby ofiarować mu tego płótna jako bonus do zrobionych już zakupów. Kupiec, niewiele się zastanawiając, zgodził się. Powróciwszy do mieszkania, Valle umieścił obraz w sypialni Elżbiety, która natychmiast zaczęła oddawać mu cześć. Przygotowała ołtarzyk, postawiła na nim świece, kwiaty i wieczną lampkę. Wszyscy, którzy do niej przychodzili, byli zapraszani do modlitwy przed tym obrazem. Otrzymano wiele łask, o czym świadczyły liczne wota umieszczone na ścianach mieszkania.

Ks. Giuseppe Grappelli zaświadcza, iż w roku 1849 [Rewolucja Rzymska], gdy Elżbieta nagabywana była przez Garibaldystów, a kule gwizdały nad dachem domu w którym mieszkała, tak często przyzywała Maryję tytułem Virgo Potens, aż pewnego dnia usłyszała: „Dobrze czynisz nazywając mnie Virgo Potens, bo prawdziwie Nią jestem”. Kiedy zaczynała modlitwę przed Jej obrazem, zapalała świece, odsłaniała zasłonę, którą obraz był przysłonięty, recytując na klęczkach Litanię lub inne okolicznościowe modlitwy. Kiedy otrzymywała jakieś słodycze, wkładała je do koszyka znajdującego się przed ołtarzykiem Virgo Potens, a przy pierwszej sposobności przekazywała je najbardziej potrzebującym.

Ks. Paolo Scapaticci zaświadczył zaś o poprawności kultu Elżbiety wobec Panny Możnej. „Czcigodna Elżbieta – wyznał, zachęcała tych, którzy ją odwiedzali do modlitwy przez wstawiennictwo Virgo Potens, nie tylko dlatego, że obraz ten był jej drogi, ale dlatego, że chciała by modlący się odkryli w Niej potężną Matkę Boga i Królową Nieba. Mówiła o Niej słodkimi słowami i zachęcała wszystkich, by kochali Maryję jako Matkę służąc jej nabożnie”.

„Nikt nie mógł opuścić jej mieszkania bez odmówienia przynajmniej Litanii przed obrazem Panny Możnej. Nigdy też nie brakowało oleju w lampce palącej się przed obrazem” – świadczy ze swej strony ks. Rafał Melia, jeden z pierwszych towarzyszy Pallottiego i dodaje: „Żywą była wiara Służebnicy Bożej we wstawiennictwo Virgo Potens; a że wstawiennictwo to było skuteczne, świadczą cztery gabloty pełne darów: pierścionki, korale, medale i inne cenne przedmioty, przekazywane w podziękowaniu za otrzymane łaski”.

Elżbieta pragnęła, by obraz ten po jej śmierci został umieszczony w kościele SS. Salvatore in Onda. Prosiła o to ks. Melię, który próbował wykręcić się od takowego zobowiązania, sugerując inne rozwiązania. Ale Elżbieta mówiła o tym tak, jakby to już zostało uczynione. I tak się stało.

I jeszcze jedna rzecz.

Z aktów procesu beatyfikacyjnego Sanny wynika, że była ona często niepokojona przez demony. Potwierdza to dwóch świadków: jej spowiednik ks. Giuseppe Grappelli i serdeczna przyjaciółka, Adelaide Balzani. Ta ostatnia świadczy, iż „Diabeł atakował Czcigodną Sannę zwłaszcza nocą. Mówiła mi, że pojawiał się w różnych okrutnych formach, czasami chwytał ją za gardło tak jakby chciał ją udusić. Przepędzała go inwokacją do Virgo Potens”. Ks. Grappelli dodaje ze swej strony: „Pytana przeze mnie o diaboliczne inwazje, Czcigodna Elżbieta odpowiadała, że diabeł nie może zrobić nic więcej niż to, na co Bóg mu pozwoli. Nic też nie jest w stanie uczynić przeciw tym, którzy ufają Bogu i Najświętszej Dziewicy. Powiedziała mi, że pewnej nocy diabeł pojawił się u niej w formie konia sapiącego nozdrzami i oczyma ogniem. Rzucił się na nią, a ona nie mogła się spod niego wyrwać, aż do momentu kiedy z mocą wezwała Virgo Potens. Usłyszała wtedy głos Madonny: Oto ja, córko. Diabeł zniknął”.

Modlitwa do Panny Możnej
Najświętsza Maryjo,
Panno Można,
Matko Łaskawa i Miłosierna.
Z wielkim zaufaniem zawierzam się Tobie,
aby uzyskać od Boga przebaczenie i miłosierdzie,
i być uchronionym od wszelkich niebezpieczeństw
duchowych i materialnych, które mi zagrażają.
Niezliczonymi łaskami odpowiadałaś na prośby tych,
duchowych i materialnych, które mi zagrażają.
Niezliczonymi łaskami odpowiadałaś na prośby tych,
którzy przyzywali Cię jako Pannę Możną,
szczególnie na błagania naszej siostry,
błogosławionej Elżbiety Sanny.
Otaczaj nadal Maryjo, Twoją macierzyńską troską
każdego z tych, który wzywa Twojej pomocy i szuka u Ciebie pocieszenia.
Bądź dla nas Matką Łaskawą i pełną Miłosierdzia
teraz, i w godzinę śmierci naszej. Amen.

Ks. Stanisław Stawicki SAC

  • Przy pisaniu tegoż artykułu autor korzystał z:Biografia e virtù della Venerabile Elisabetta Sanna – a cura di Don Francesco Amoroso SAC, Roma 1995.
  • Warto wiedzieć, iż we Włoszech istnieje kilka kościołów i kaplic dedykowanych „Pannie Możnej”. Najbardziej znane to: sanktuarium w Sestri Ponente (dzielnica Genui) pod wezwaniem “Vergine Potente in Misericordia” (Panny Możnej Miłosierdziem), której liturgiczne wspomnienie przypada 18 marca; drugie miejsce to kaplica “Virgo Potens” w Vettica-Amalfi (diecezja Amalfi-Cava de’ Tirreni), gdzie „Panna Można” czczona jest każdego roku w II niedzielę lipca.    

Homilia kard. Amato w dniu beatyfikacji

Błogosławiona Elżbieta Sanna (1788-1857)
Matka i Wdowa
Angelo Kard. Amato, SDB

1. Codrongianos, małe miasteczko w powiecie Sassari, przeżywa dziś radość i zaszczyt z beatyfikacji swojej rodaczki, uznanej przez Kościół za heroicznego świadka Ewangelii. Dla biografa Franciszka Amoroso, Codrongianos jest najbardziej nieznanym zakątkiem we Włoszech: „Gdy jest ładna pogoda, błękitne niebo wydaje się jakby dopiero co wyszło z kąpieli; noc ma nieskończoną ciszę, powietrze jest pełne różnorodnych zapachów: nie ma domu, któryby nie oddychał zielenią. Tutaj mówi Bóg. Bujne winogrona, czereśnie, figi, granaty, migdały, pomarańcze, orzechy: piękne, gdy się patrzy na nie w rozkwicie i pełne owoców. Ludzie pogodni, mili, hojni” (Franciszek Amoroso, Sługa Boża Elżbieta Sana, świecka współpracownica św. Wincentego Pallottiego).
Myślę, że taka jest rzeczywistość Waszego kraju. Nie sądzę, że biograf chciał użyć tutaj tylko poetyckiego opisu.
Błogosławiona Elżbieta Sanna żyła w tym zakątku raju. Będąc analfabetką, pomimo, że jej rodzina była zamożną, miała prostą i mocną wiarę, głęboko zakorzenioną w jej sercu i przeżywaną z prostotą odnośnie formy. Właściwą dla wielu rozbitków obecnych na waszym terytorium: porównywalną do prostych budowli, ale solidnch, które stawiły czoła żywiołom i nienaruszone przetrwały do naszych czasów. Tak samo, świętość tej kobiety, wdowy i matki rodziny, która czyni dziś to ​​miasto dumne z jej chrześcijańskiego dziedzictwa.
​Wiemy, że Elżbieta wyruszył na pielgrzymkę do Ziemi Świętej, aby odwiedzić miejsca, uświęcone przez Zbawiciela i przeżyć Jego odkupieńczą pasję. Z nieuniknionych przyczyn, podróż z Porto Torres przeniosła ją do Genui, a wkrótce potem do Rzymu, gdzie, ze względu na bardzo zły stan zdrowia, pozostała do końca swojego życia. Jej spowiednik, święty Wincenty Pallotti, poradził jej, aby nie martwić się o dzieci i nie ryzykować podróży powrotnej na Sardynię, która mogła być dla niej śmiertelną.

2. Trzeba przyznać, zwłaszcza biorąc pod uwagę dzisiejszą mentalność, że w życiu błogosławionej Elżbiety szokuje nas historia tej rozłąki z jej dziećmi. Prawdą jest, że w Rzymie otrzymywała uspokajające wiadomości od swoich bliskich, którzy byli w dobrych rękach, w domu jej brata, księdza Antoniego Ludwika. Oczywiście, przez pierwsze lata odczuwała silnie ich nieobecność, płacząc na ich wspomnienie. Wincenty Pallotti, zapewniał ją jednak ciągle powtarzając: „Odwagi córko; twoja rodzina nie potrzebuje ciebie; będziesz wspaniałością i przyczyną zazdrości całego kraju „( Franciszek Amoroso, Sługa Boża Elżbieta Sanna).
Te słowa dały jej wielki spokój ducha. Ostatecznie podjęła powołanie, które żyło w niej od dzieciństwa, by poświęcić się całkowicie Bogu.
Co można powiedzieć na ten temat?
Wiemy, że Apostołowie na wezwanie Jezusa, odpowiedzieli pozostawiając wszystko, żony, dzieci, krewnych, pracę, aby pójść za Nim aż po męczeństwo. Sam Jezus powiedział: „Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie pragnie mnie bardziej niż swego ojca, matki, żony, dzieci, braci, sióstr, a nawet własnego życia, nie może być moim uczniem” (Łk 14 , 26). Mamy długą listę tych, którzy wzięli dosłownie słowo Pana.
Jednym z przykładów może być doświadczenie francuskiej zakonnicy, ze Zgromadzenia Urszulanek, świętej Marii od Wcielenia, urodzonej jako Maria Guyart (1599-1672), kanonizowanej przez Papieża Franciszka w 2014 roku. Zostając młodą wdową, powierzyła pod opiekę Kolegium Jezuitów swego syn Klaudiusza, aby sama stać się zakonnicą. Syn, które z początku płakał, błagając o powrót matki do domu, nie tylko nie poniósł żadnego psychologicznego uszczerbku w swoim osobistym rozwoju, ale wstąpił później do Benedyktynów i stał się najbardziej żarliwym wielbicielem swojej matki, która w między czasie została misjonarką w Kanadzie, pionierką ewangelizacji na tych ziemiach. To samo można powiedzieć o świętej Joannie de Chantal Fremyot (1572-1641), matce sześciorga dzieci. Owdowiała w wieku dwudziestu dziewięciu lat, po pewnym czasie, 29 marca 1610, opuściła rodzinę, by złożyć Wizytki, » przechodząc ponad ciałem swego 14-letniego syna Celso Benigno, który położył się w progu, błagając, by nie odchodziła »( Bibliotheca Sanctorum, VI).

3. Są to obrazy radykalnych wyborów. Miłość do Jezusa, nie rzadko, przewiduje dla niektórych z jego przyjaciół, niezwykłe ścieżki i ma przewagę nad miłością do bliskich. Świety Alfons podkreśla zresztą: „Cała świętość i doskonałość duszy polega na kochaniu Jezusa Chrystusa, naszego Boga, naszego najwyższego dobra i naszego Zbawiciela […]. Niektórzy wiążą doskonałość z surowością życia, inni z modlitwą, inni z częstością sakramentów, inni z jałmużną; ale mylą się: doskonałość polega na kochaniu Boga całym sercem ” (Alfons Maria de Liguori, Praktyka kochania Jezusa Chrystusa).
Jakkolwiek możemy powiedzieć, że w przypadku Elżbiety, jak i pozostałych kobiet, o których tu wspomnieliśmy, chodzi o specjalne powołanie, rzadkie i zarezerwowane dla nielicznych.

Elżbieta była bardzo wysublimowana w miłowaniu Boga. Bóg posiadł całkowicie jej serce. Ani jej kochana ojczyzna, ani jej rodzina, ani udręki życia nigdy nie oddzieliły jej od miłości Boga. Od Boga pochodziła zarówno inspiracja pójścia na pielgrzymkę do Ziemi Świętej jak i pozostania na zawsze w Rzymie. To nie było arbitralny impuls, ale poważne powołanie, zbadane i zatwierdzone przez mądrych i roztropnych ojców duchowych, którym Błogosławiona zawierzyła się w posłuszeństwie i z pokorą. Mówiło się o niej: „Bóg był dla niej najdroższym ze wszystkich dóbr ziemskich razem wziętych i z pośród jakichkolwiek osób najukochańszych”( Positio, Informatio).
Miłość Boża pomogła jej przezwyciężyć konflikty, plotki, obelgi, a zwłaszcza grzech. Zło nie dotykało jej serca, które uciekało przed grzechem, jak dzieci bojące się ciemności. Eucharystia była miejscem, w którym zanurzała się jej dusza, będąc niestrudzoną czcicielką Najświętszego Sakramentu Ołtarza. Od niej samej dowiadujemy się, że słuchała pięciu lub sześciu Mszy świętych dziennie(Ib).

4. Tą gorliwość eucharystyczną przelewała w miłość bliźniego z otwartym sercem na każdego, poprzez porady i służbę im. W Codrongianos, po śmierci męża, dom jej stał się swego rodzaju oratorium. W Rzymie była znana jej dyspozycyjność wobec tych wszystkich, którzy do niej zwracali się z prośbą, tak z pośród szlachty jak pospólstwa, przyjaciół i wrogów, bogatych i biednych, Rzymian i obcych, młodych i starych. Dzięki sztuce słowa wprowadzała pokój w zwaśnionych rodzinach i przywracała harmonię pomiędzy małżonkami. Jeden z biografów pisze: „Miała szczególną łaskę pocieszania strapionych, którzy rozmawiając z nią, odczuwali w swoich sercach powracający spokój i ciszę. Wpajała wszystkim miłość i przebaczenie doznanych krzywd; dawała także osobisty przykład, ponieważ nie tylko przebaczała znieważenia, ale starała się czynić jak najwięcej dobra, tym którzy ją obrazili. Pewnego dnia, gdy opiekowała się pewną kobietą, została przez nią oczerniona; ale ona nadal opiekowała się nią, czyniąc to z jeszcze większą pokorą i mówiąc: „Na jeszcze gorsze zasługuję” (Ib. p. 67).
​Elżbieta była kobietą miłosierdzia. Jej życie było ciągłym praktykowaniem cielesnych i duchowych dzieł miłosierdzia. W Rzymie, pomimo zimna, trudności w poruszaniu się i drętwienia ramion, udawała się do szpitala św. Jakuba lub do prywatnych domów, by służyć chorym. Otrzymując jałmużnę, pozostawiała sobie jedynie minimum, które było potrzebne na jej skromne jedzenie, a resztę oddawała ubogim. Nie przejmowała się otrzymywanymi zniewagami. Nie pozwalała nikomu mówić źle o innych. Modliła się i zachęcała innych do modlitwy za skazanych na śmierć.
Dzieła świętego Wincentego Pallottiego były głównymi odbiorcami jej miłości: dla nich robiła na drutach i szyła, dla nich wysyłała przedmioty i pieniądze. Pallotti mawiał, że posiada dwóch wielkich dobroczyńców Instytutu: biedną kobietę, Elżbietę Sannę i kardynała Ludwika Lambruschini (1776/54). Przełożony Generalny Pallotynów dodaje: „Ona była tak hojna dla nas, chociaż sama żyła w największym niedostatku”(Ib. p. 71).

5. Z chwilą jej śmierci dnia 19 lutego 1857 roku, w jej biednym pokoiku w pobliżu Bazyliki Watykańskiej, ludzie szeptali: „Zmarła Święta, kobieta, która zawsze modliła się w Bazylice Świętego Piotra.” Ciało, odprowadzone do kościoła SS. Salvatore in Onda, przy Ponte Sisto, było czczone przez niezliczony tłum ludzi. Odnotowano wówczas również nadzwyczajne zdarzenia. Dwa z wielu przykładów: karczmarz, który wcześniej rozpowiadał oszczerstwa przeciwko niej, szedł teraz za trumną ze łzami, otwarcie przyznając się do zła, jakie jej uczynił. Pewien człowiek, który opuścił swój dom z zamiarem zabicia żony, zaskoczony ogromnym tłumem, jaki spotkał po drodze, przy Via dei Pettinari, wszedł do kościoła, aby zobaczyć, co przyciąga aż tak wielu ludzi. Na widok tej rozbrajającej biedy i spokoju nieba, położył na trumnę swój nóż szewski i odszedł, aby uściskać i pojednać się ze swoją żoną( cf. Franciszek Amoroso, Sługa Boża Elżbieta Sanna).
Elżbieta została pochowana w tym samym kościele, w którym spoczywały szczątki jej duchowego ojca i mistrza, świętego Wincentego Pallottiego.

6. Papież Franciszek w Liście Apostolskim o beatyfikacji, określa Błogosławioną Elżbietę: „świecka, wdowa, tercjarka franciszkańska, członkini Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego św. Wincentego Pallottiego, pokorna naśladowczyni Chrystusa i gorliwy świadek Jego miłosierdzia.”
Nasza Błogosławiona pozostawia nam wszystkim orędzie świętości. Na początku słynnego dziełka O naśladowaniu Chrystusa, czytamy słowa Jezusa: „Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności” (J 8:12). Naśladowanie Jezusa oznacza wzięcie do ręki Ewangelii, po to, aby ją czytać, medytować i praktykować. Nasza Błogosławiona, choć była pozbawiona wykształcenia, stała się ekspertem w Ewangelii, kochając ją i wdrażając ją w życie. Naśladujmy ją w tym a nasze życie będzie oświetlone przez światło prawdy i radość z miłości Chrystusa.

Błogosławiona Elżbieto Sanna, módl się za nami.

Część 2: życie Elżbiety na Sardynii

W procesie beatyfikacyjnym skąpe są świadectwa dotyczące lat, które Elżbieta przeżyła na Sardynii. Może myślano, że w porównaniu z długim pobytem w Rzymie, były one czymś mało znaczącym? Ci jednak, którzy o tym mówili to świadkowie kwalifikowani! Tak więc mamy brata Błogosławionej – ks. Antoniego Alojzego Sannę oraz jej spowiednika na Sardynii – ks. Józefa Vallego. Dalej, w dokumentach znajdujemy życiorys napisany przez teologa Franciszka Spano-Sannę – proboszcza, z Controngianos, który zebrane przez siebie szczegóły uzyskał od sędziwych osób, znających jeszcze Elżbietę. I wśród dokumentów procesu mamy jeszcze inny życiorys, napisany przez Jana Pierantoniego, wówczas konsultora św. Kongregacji Obrzędów.

Ale Elżbieta przez 26 lat (od 1831-1857) przebywała w Rzymie. I te właśnie lata charakteryzują i określają jej świętość, ponieważ żyła tam wyłącznie dla świętości, i ponieważ z pełnym zaufaniem dała się prowadzić przez Wincentego Pallottiego, który, ogłoszony Świętym w roku 1963, nazwany został „perłą i ozdobą rzymskiego kleru”.

Elżbieta urodziła się 23 kwietnia 1788 roku w Codrongianos – miejscowości liczącej 1200 mieszkańców, a leżącej na Sardynii w prowincji Sassari. Rodzice: Salvatore Sanna i Maria Dominika Lai, przeuczciwi i bardzo religijni, byli rolnikami na skromnym swym gospodarstwie, a Salvatore był także burmistrzem miasteczka.

Z siedmiorga dzieci – Elżbieta była drugą z rzędu, a jeden z synów – Alojzy Antoni, został kapłanem.

W trzecim zaledwie miesiącu życia dziewczynka stała się ofiarą ospy, a po nieudanej operacji pozostały jej sztywne ramiona, tak że nigdy nie mogła podać sobie do ust pokarmu ani dotknąć dłońmi czoła. Wchodząc do kościoła zwilżała czy też prosiła o zwilżanie krawędzi kamiennej kropielnicy wodą święconą, by na niej oprzeć swe czoło.

Obdarzona inteligencją i zdolnością refleksji chwytała łatwo pojęcia, zastanawiała się i przyswajała je sobie. Prawdy Boże stawały się dla niej życiem. Jej postęp na drodze cnót był szybki i trwały.

Kiedy miała sześć lat, oddano ją na wychowanie Łucji Pinnie, niewieście pobożnej, której rodzice, mieszkający w tym mieście, często powierzali swe dziewczynki, aby je strzegła i wychowywała. W tym samym roku otrzymała pieczęć Ducha Świętego. Mając lat 10, przystąpiła po raz pierwszy do spowiedzi i Komunii św.

Rozkwitała. Zawsze oddana pracy na rzecz domu, stała się przewodniczką dla swych współtowarzyszek. Samorzutnie podawała im i sama praktykowała to, czego się nauczyła; i znajdowała posłuch. Przekazywała naukę chrześcijańską, kierowała zebraniami oratoryjnymi, prowadziła pielgrzymki do Madonny z Saccargia – cudownego sanktuarium oddalonego od Codrongianos o trzy mile. Wzrastała duchowo sama i pomagała we wzroście swym współtowarzyszkom.

Niepostrzeżenie doszła do pełni młodości. Pewien młody człowiek zwrócił się do matki Elżbiety o wyrażenie zgody na jej poślubienie. Zmieszało to Elżbietę, gdyż nastawiła się już na życie w klasztornej ciszy i modlitwie. Mając niesprawne ręce, nie rozważała nawet możliwości założenia czy niezałożenia rodziny; miłość zaś Boga wzrastająca w jej duszy nie dawała odczuwać pustki, domagającej się wypełnienia. Matka natomiast, właśnie z powodu kalectwa córki, nie chciała by dziewczyna pozostała samotna.

Elżbieta była pełna dobroci, otwartości i delikatności, a przy tym posiadała posag. Zgłoszono trzy propozycje małżeństwa. Matka irytowała się, a w końcu zaczęła być natarczywa, gdy córka nie dawała przyzwolenia na zamążpójście. Elżbieta zwróciła się do spowiednika, a gdy ten stanął po stronie matki, wyraziła zgodę na małżeństwo, ale spośród trzech ubiegających się o jej rękę wybrała najbiedniejszego, Antoniego Marię Porcu. Dnia 3 września 1807 roku stała się szczęśliwą żoną uradowanego małżonka.

Z siedmiorga ich dzieci przeżyło pięcioro. Jedna dziewczynka zmarła przy porodzie, druga w parę miesięcy po rozwiązaniu. Mąż nie robił niczego bez porozumienia z żoną, a żona powtarzała bez końca, że nie była godna tak dobrego męża. Opieka nad nim, nad dziećmi i nad rodzicami zajmowała młodą mężatkę, a miłość Boża napełniała ją radością i dodawała sił, jakich nie dostawało nieszczęsnym ramionom.

Antoni Maria Porcu zmarł świątobliwie dnia 25 stycznia 1825 roku; wówczas Elżbieta złożyła ślub czystości. Wróciło postanowienie z młodych lat. W każdą niedzielę udawała się z dziećmi do kaplicy Najśw. Serca, i przy grobie męża odmawiała róża- nieć. Troszczyła się o rodzinę, o dom i o pole. Rozwijała w duszy miłość do Boga i promieniowała nią wśród swych najbliższych, a miłość ta stale w niej wzrastała.

Teolog Spanno-Sanna oświadczył: „Jak to mogłem odebrać od osób jeszcze żyjących, mówienie jej było pełnieniem cnót, a wartość jej zasad była wyjątkowa; w moim miasteczku uważano ją za wzór chrześcijańskiej doskonałości.”

Córeczki Elżbiety chętnie przestawały z babcią; natomiast starsi chłopcy, pracując z dziadkiem, zaczęli odczuwać surową dyscyplinę swej matki. Najmniejsze zaś dziecko cieszyło się szczególnymi względami wuja, ks. Antoniego Alojzego.

Elżbieta czuła coraz wyraźniej powołanie do życia klasztornego. W roku 1829 udała się do Sassari, przedstawiając wikariuszowi generalnemu swoją sytuację. Ten orzekł, że ma słuchać swego kierownika duchownego. W tym samym roku wielkopostny kaznodzieja mówił tak żarliwie o Ziemi Świętej, że Elżbieta była tym urzeczona; zapłonęła najżywszym pragnieniem oglądania miejsc, gdzie się narodził i gdzie został ukrzyżowany Syn Boży. Pragnienie swe przestawiła spowiednikowi, ale jego odpowiedź była odmowna.

Upłynęły dwa lata. Dizeci rosły, rosło też w sercu pragnienie ujrzenia i dotknięcia tego, czego dotykał Jezus, a także pragnienie uczczenia miejsc skropionych Jego Krwią. Podobnie ks. Józef Valle, zastępca proboszcza, zapalił się do tej pielgrzymki, a także inni ludzie pragnęli udać się do Ziemi Świętej.

Wreszcie wyraził zgodę i spowiednik, przystąpiono więc do realizacji planu. Zdecydowali się jednak wyruszyć jedynie ks. Józef i Elżbieta. Wsiedli na statek 25 czerwca 1831 roku. W drodze jednak zerwała się burza trzymająca ich na łasce fal aż przez cztery dni. Gdy zeszli w Genui na ląd 29 czerwca, Elżbieta nie mogła się utrzymać na nogach. Ledwie jednak zaczęła chodzić, ruszyła na odwiedzanie kościołów i więzień. A gdy zjawili się wreszcie w porcie, by wsiąść na statek płynący do Cypru, okazało się, że w paszportach nie mają wizy zezwalającej na nowy odcinek drogi. Skoro na uzyskanie wizy trzeba było czekać aż miesiąc, ks. Józef zadecydował, by wyruszyć tymczasem do Rzymu, i uczcić tam groby apostołów Piotra i Pawła, jak i relikwie wielu rzymskich męczenników. Częściowo powozem, częściowo pieszo przybyli po wielu przykrych przygodach do Rzymu dnia 23 lipca.

Ks. Józef zdołał się zatrzymać w szpitalu Świętego Ducha, gdzie przyjął obowiązki kapelana. Elżbieta trafiła ostatecznie na poddasze, w pobliżu Bazyliki św. Piotra. I zaczęła się wojna: spowiednik, jedyny Sardyńczyk, który ją rozumiał, polecił natychmiastowy powrót do rodziny. Biedaczka nie miała jednak sił, by się znów powierzyć morzu. Burzliwa przeprawa oraz wyczerpująca podróż w lipcowym upale i w dodatku przeważnie na nogach – wszystko to wyczerpało ją fizycznie. Prócz tego nie miała już pieniędzy na drogę powrotną. Dlatego ks. Józef radził rozsądnie, by czekać.

W takim właśnie momencie Elżbieta spotkała św. Wincentego Pallottiego, który zapoznawszy się ze sprawą, poradził jej, by została tak długo, dopóki odpowiednia pora roku i stan zdrowia nie pozwolą jej na powrót. Stał się odtąd jej kierownikiem duchownym. A potem wszystko ułożyło się tak, że doszło do stałego pozostania w Rzymie.

Ale osiedlenie się w Rzymie nie leżało w pierwotnym planie owej nieudanej podróży, i Elżbieta nie zamierzała bynajmniej porzucić rodziny; wszak celem wyprawy było obejrzenie Ziemi, której dotykały stopy i na którą spłynęła krew Jezusa Chrystusa. Rodzina w tym czasie była zabezpieczona, co wykluczało jakieś ryzyko: dwaj starsi synowie pracowali z dziadkiem, dwie córki były przy babce, a najmłodsza latorośl – przy wuju – księdzu. Według wieści, jakie nadchodziły z Sardynii, rodzina Elżbiety budziła podziw w całym miasteczku. A nawet Stolica Apostolska odstąpiła od podejrzewania Elżbiety o porzucenie rodziny, odsyłając zarzuty do archiwum, gdy kierownik duchowny Błogosławionej, Wincenty Pallotti, wyniesiony został na ołtarze. Bo jakże by Kościół mógł uznać za wzór kapłana tego, który usprawiedliwiałby matkę uporczywie zaniedbującą rodzinę? A było wprost przeciwnie! Czy nie należy podziwiać nadludzkiej wprost siły tej kobiety, która była samotna w wielkim mieście, a do tego obciążona niemożnością porozumiewania się z innymi (mówiła i rozumiała tylko w swym dialekcie) Do tego dochodziła gorycz w sercu z powodu oddalenia od dzieci, z których najmłodsze miało zaledwie 9 lat! W drogę wybrała się z garstką talarów, które zostały wydane już w czasie podróży. W Rzymie mieszkała w klitce na strychu. Była chora: ostre bóle reumatyczne, stały ból głowy, i te ramiona, zwisające niby dwa kołki. By dotrzeć do pokoju na poddaszu, musiała przechodzić przez leżącą niżej oberżę, robiły to również wszystkie osoby odwiedzające chorą Elżbietę. Nie podobało się to gościom oberży, toteż nieraz dawali jej odczuć swoje niezadowolenie. Na ulicy zarówno strój, jak i mowa Elżbiety ściągały na nią drwiny i przedrzeźniania urwisów. Dla niej jednak nie było to straszne: nie reagowała na te wybryki. Rosła w niej miłość do Boga i do bliźniego. Ukochała ubóstwo, ukochała zniewagi, ukochała chorobę. Pogłębiało się jej życie wewnętrzne. Pogrążała się w prawdziwym, stałym apostolstwie.

(fragment książki Franciszka Amorozo „Elżbieta Sanna, Niepełnosprawna Apostołem” Ząbki 1997)

Część 1: triumfalny pogrzeb

Dnia 19 lutego 1857 roku, gdy o godzinie dziewiątej dzwon bazyliki watykańskiej obwieszczał początek Godzin Liturgii, a karnawałowe pojazdy – był to wszak tłusty czwartek – gotowały się do wpadania na ulice pełne szalejących ludzi, z dziedzińca św. Marty wyruszył pochód wydłużający się powoli na ogromnym placu św. Piotra – ku zdumieniu patrzących na to kolumn i posągów Świętych.

Pochód otwierali Bracia św. Małgorzaty z Cortony; po nich niesiono osadzony na drzewcu krzyż, za którym postępowało około czterdziestu księży: pallotynów, penitencjarzy, zastępca proboszcza Bazyliki św. Piotra oraz karawan pogrzebowy z czterema świecami po bokach.

Na karawanie – Elżbieta Sanna w habicie franciszkańskich tercjarzy i w owej zasłonie, jaką zawsze nosiła na głowie. Trumna była otwarta. Wydawało się, że zmarła – w całej tej wrzawie – pogrążona jest w spokojnym śnie.

Za karawanem podążały dziewczynki, siostry i nauczycielki z Pia Casa przy Borgo Sant Agata, przełożona prowincjalna i siostry szarytki ze szpitala Świętego Ducha, oraz wielki tłum kobiet i mężczyzn. W większości byli to przedstawiciele prostego ludu, ale nie brakło i ludzi znaczących czy dobrze sytuowanych. Cechą znamionującą wszystkich była postawa uroczystej powagi; słyszało się tylko różańcowe zdrowaśki.

Elżbieta Sanna zmarła dwa dni wcześniej, a wieść o tym rozeszła się szybko. „Zmarła św. Elżbieta” lub „Święta ze Św. Piotra”. Ludzie cisnęli się do okien lub dołączali do pochodu. A był to pochód raczej triumfalny niż pogrzebowy.

Pochód, minąwszy most Anioła, szedł dalej ulicą Papieską do kościoła Najśw. Zbawiciela na Fali położonego tuż przy moście Sykstusa.

A oto spostrzeżenie żebraka Piotra Marcoliniego: „Upłynęły już trzy lata, jak z powodu dręczącego mnie artretyzmu szedłem ostatni raz przez most, a tymczasem teraz szedłem za pochodem aż do Najśw. Zbawiciela na Fali, i po wysłuchaniu Mszy św. wróciłem z powrotem bez najmniejszego bólu”.

A przedeż między pochodem, i to pochodem pieszym, a Mszą św. musiało upłynąć parę godzin!

„Oglądałam przez okno orszak towarzyszący Bł. Elżbiecie – mówiła Agnieszka Salandri. To było coś imponującego! Widziałam wielu kapłanów i mnóstwo ludu – wszyscy odmawiali różaniec”.

A oto jak wspomina ów pogrzeb Małgorzata Bracco: „Byłam u mojej siostry, która czuła się bardzo źle, gdy usłyszałam na zewnątrz niezwykły rozgwar. Podszedłszy do okna, ujrzałam kondukt pogrzebowy złożony z wielu ludzi odmawiających różaniec. Dowiedziałem się, że ten lud towarzyszył Elżbiecie Sannie, składając jej spontanicznie hołd z powodu świątobliwego jej życia. I w rzeczy samej mówiono: «Umarła Święta!»„

Podawano sobie tę wieść od okna do okna, i powiększał się tłum ludzi. Pochód potrzebował aż dwóch godzin, by dotrzeć do mostu Sykstusa; kiedy zaś dotarł do via Pettinari, ulica była całkiem zatłoczona, a kościół wypełniony. Ks. Józef Stirpe znajdował się w nim, ale w południe miał odprawić Mszę św. w leżącym tuż kościele Trinitó dei Pellegrini, by zaś pokonać tę setkę metrów, oddzielających obydwie świątynie potrzebował aż dwudziestu minut!

Trumnę złożono na posadzce przed głównym ołtarzem, a ludzie rzucali się na kolana, by całować stopy zmarłej i dotknąć jej ciała koronką czy chusteczką.

Ks. Józef Grappelli, ostatni jej kierownik duchowny, widząc niewygodę ludu poradził, by trumnę podnieść nieco wyżej. Skorzystano z rady i posłużono się tym samym katafalkiem, na którym swego czasu wystawione było ciało Wincentego Pallottiego. I tak na tym samym sprzęcie i w tym samym miejscu, na którym siedem lat temu widziano ojca duchownego Elżbiety, ułożono śmiertelne szczątki jego uczennicy, która prosiła, by na wieczny spoczynek mogła być złożona przy nim, w tym samym kościele.

Ks. Rafał Melia napisał, że Elżbieta wydawała się pogrążona we śnie pełnym słodyczy. „Wyglądała pięknie – powiedział Alojzy Schiboni. – Sam byłem świadkiem, jak mnóstwo ludzi śpieszyło, by ujrzeć te błogosławione zwłoki”.

Nikt chyba nie twierdził, że bł. Elżbieta była ładna za życia; wiśmy bowiem, że miała twarz obrzękłą, co na pewno nie dodawało Jej urody. ‚Tu jednak była piękna!

Ludzie cisnęli się, by zdobyć choć cząstkę relikwii. Rozdano ich tysiące. Tłum jednak był tak wielki i natarczywy, że dla opanowania go i utrzymania ładu potrzebna była pomoc sił porządkowych.

Z owego ciała pozbawionego już życia, promieniowało coś takiego, co przemawiało do dusz ludzkich. W ogromnym tłumie nie słyszało się nawet szeptów: wszyscy zdawali się być zdziwieni, i trwali w postawie jakiegoś oczekiwania. Pełna słodyczy pokora zmarłej, jej umiłowanie ubóstwa, jej cicha i nieustanna modlitwa – wszystko to odżywało w oczach i sercach obecnych. To był moment solennej prawdy o śmierci. Wielu prosiło o spowiedź, wielu chciało odprawić nawet spowiedź generalną. Pewien człowiek, który zmieszał się z tłumem, aby bezkarnie dokonać wendetty, złożył na trumnie sztylet przyniesiony dla dokonania zbrodni.

Przez dwa dni pozostawała Elżbieta w kościele przed ołtarzem. Bożym głosem przemawiała długo w milczeniu na temat śmierci – za życia nie miała nigdy przy sobie naraz tak wielu ludzi zebranych razem, słuchających jej głosu.

Portretowało ją wielu malarzy. Drzwi kościoła pozostawały otwarte przez dwa dni. O. Karol Comminetti powiedział: „Pewien biskup zdjąwszy z palca swój pierścień poprosił mnie, bym go włożył na palec Błogosławionej”.

Jej ciało elastyczne i nieskażone, pozostawało w kościele do wieczornych godzin piątku 20 lutego, kiedy to zamknięte w trumnie zostało złożone w grobie.

Cóż to przyszli oglądać tak liczni ludzie? Kto ich tam wezwał? Co zmuszało ich, by z tak surowym nieszczędzeniem siebie stanąć oko w oko ze zmarłą? Czy nie dosłyszeli w niej echa jakby samej Odwiecznej Prawdy?

(fragment książki Franciszka Amorozo „Elżbieta Sanna, Niepełnosprawna Apostołem” Ząbki 1997)

 

Początek pewnej historii

Wszystkie kobiety są niezwykłe. Naprawdę tak uważam, a znam ich setki jeśli nie tysiące 🙂 Jest jednak jedna szczególna, wyjątkowa pod każdym względem. Kobieta, która swoim stylem życia odmieniła moje życie. A jestem pewny, że także Twoje życie się zmieni jeśli ją dobrze poznasz i zaprzyjaźnisz się z nią tak jak ja. Mógłbym pisać o niej wielkie książek, bo jest tak nieprzeciętna i warta poznania. Nie jest moją żoną, ani biologiczną matką, a jednak jest mi tak bliska, że już nie wyobrażam sobie życia bez niej.

Kobieta wielu paradoksów: żyła dość dawno temu, ale może być wzorem dla ludzi XXI wieku, a pewnie i następnych; nie skończyła żadnej szkoły, a przewyższała bystrością umysłu nauczycieli i profesorów; była niepełnosprawna, a pozostała przy tym najpiękniejszą z kobiet; nie była celebrytką, a jednak zna ją dziś prawie cały świat.